Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/390

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


skach już czekały piechoty z karabinami do strzału, armaty, nabite kartaczami, i wolentery z kosami.
Bitwa zawrzała z nową siłą i zawziętością bezprzykładną.
Traicznie długie chwile ważyło się zwycięstwo. Bowiem przychodziły momenty, jako ciężka artylerya moskiewska i regularne wojska zdawały się brać widoczną górę, i wtedy arsenał, zalewany orkanami pocisków i falami szturmów, przybierał postać jakoby otwartej mogiły, broniącej się już bez tchu, bez pamięci, z rozpaczą szaleństwa i z niewysłowionem bohatyrstwem. Rozpacz podnosiła siły; rozpacz dawała moc nadludzką. Każdy wałczył za dziesięciu. Każdy stawał się już ciosem niechybnie śmiertelnym. Każdy zmagał się ze wszystkiemi. Chwilami milkły armaty, ścichały karabiny, ustawały nawet wrzaski, a jeno wśród ponurych rzeżeń, jęków i przekleństw szamotały się dziko wojska, walczące białą bronią. Pierś łamała się o pierś, zgrzytały żelaza, charczały rozdzierane gardziele, trzaskały gnaty i wyły zbiesione gromady. Chwytano się już za bary i bito z wściekłością o ziemię, o mury, o działa i wozy. Przychodziły chwile, w których nie było nic nad głosy rozpaczy, mordów i nieubłaganej nienawiści. Oślepiające migoty szabel, fontanny krwi, potworne rany, sztychy bagnetów, straszne ciosy kos, świsty spadających toporów, łomoty drągów, zakrwawione pięście, oszalałe oczy, krwawe maski twarzy, obłąkańcze ruchy, czasem salwa, niekiedy jakiś podziemny ryk tratowanych, niekiedy warkoty bębnów, trąbki jazdy następującej z flanków, obłoki dymów — oto