Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/386

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Huknęły naraz kapele, zabiły bębny, dzikie »Hurra!« wstrząsnęło ulicami i trzy potężne kolumny, jak trzy tarany, zionące ogniem dział z karabinów, uderzyło na arsenał.
Ziemia zadygotała od grzmotów i czarne, duszące dymy przysłoniły słońce.
Cichocki, oblatując wszystkie stanowiska, nakazywał surowo.
— Ani strzału! Stać na miejscach! Czekać komendy! Spokojnie!
Arsenał dawał podobieństwo korabia na spiętrzonych wełnach dymów, ognia i grzmotów. Wynosił się chwilami ze skłębionych tumanów i zapadał z powrotem. Milczał jednak, niby skała nieporuszona w pośród rozszalałych żywiołów. Straszliwa zamieć działowych pocisków uderzała w mury ze wzrastającą siłą i gwałtownością. Moskiewskie piechoty przysuwały się coraz bliżej, prażąc nieustającym rotowym ogniem.
— Wszystkie baterye! Cel, pal, nabijaj! — przeleciał nareszcie rozkaz Cichockiego.
Arsenał przemówił głosami gromów i błyskawic.
Moskale drgnęli pod tą ulewą żelaza, lecz napierani z tyłu przez ściżbione masy, płynęli naprzód, niby wzburzona fala, coraz potężniej bijąca w kamienne tamy.
Chwila się stawała groźna i nieobliczalna w następstwa.
Arsenał bronił się ze wszystkiej mocy. Artylerya rozwijała najtęższy ogień. Armaty biły salwami. Każda strzelnica zionęła morderczym ogniem. Strzelano z okien,