Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/381

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ści od Haumana, że nikt nie zdobył się na rozpoczęcie dyskursów. A jakby na dobitkę, ordynansi, wysłani do powzięcia języka, nie powracali. Wybiło już południe, meldowano o jakowychś niezwyczajnych wrzawach pod Zamkiem, o zmilknięciu strzałów na Krakowskiem, ale rezultat bitwy pozostawał jeszcze niewiadomym. Najgłębsze zaniepokojenie targało sercami.
Natomiast nieustannie przychodziły wiadomości z drugich stron miasta. Przynosili je żołnierze, to kobiety, to żydzi, to nawet dzieci, a najczęściej kwestarze. Składano je ustnie, ale trafiały się i relacye pisane ołówkiem na zmiętych, często zakrwawionych karteluszach. Na ogół brzmiały pomyślnie, tak jednako bałamutne w szczegółach, zwłaszcza co do ruchów wojsk moskiewskich, że porucznik Kubicki, który je przyjmował, aż potniał z denerwacyi, nie mogąc z nich wymiarkować jasnego obrazu walk i sytuacyi; każde bowiem przesunięcie stanowisk powinien był oznaczać na wielkiej plancie Warszawy, czerwonemi lub niebieskiemi szpilkami. Napróżno też meldował swoje wątpliwości, nie dawano uwagi jego słowom.
Dobrski często wybiegał w dziedzińce i powracał coraz chmurniejszy. Chomentowski, tak zawsze panujący nad sobą i zamknięty, wciąż szukał okazyi do sprzeczek. Orłowski widział wszystko na czarno, Deybel mimo lat i reumatyzmów, snuł się ustawicznie po kwaterze, zrzędząc i strofując. Giesler, ukryty w kłębach dymów, klął nieustannie i spluwał. Młodsi zaś, jak Banczakiewicz i Pieściński, siedzieli pod oknem, obgryzając paznokcie z tłumionej wściekłości. Tylko jeden generał