Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/380

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


okropniej rozbrzmiały jęki umierających, rannych i błagania litości.
Chwila była jedyna, kiedy Miłaszewicz przypadł do Haumana, błagając o życie.
— My pokonanych nie mordujemy! — odpowiedział mu wyniośle pułkownik i odebrawszy szablę, rozkazał Konopce, by pozbieranego niewolnika odprowadził do prochowni na Mostową.
Regiment pomaszerował w stronę Zamku wśród nieopisanego entuzyazmu tłumów, jeno kapitan Mycielski, strzegący cały czas bitwy tyłów na Wareckiej, pozostał z jedną armatą przed Saską Kuźnią dla ubezpieczenia wylotu Królewskiej ulicy.
Wieść o zwycięstwie błyskawicą obleciała miasto, wzbudzając wszędzie niesłychaną radość i podnosząc serca. Z całego śródmieścia, kto jeno żyw, leciał na przeciw zwycięsców, maszerujących w bojowym ordynku, z rozwiniętym sztandarem, przy grzmiącym łoskocie kotłów, graniu trąb i piszczałek. Nieustające owacye przeprowadziły ich po drodze, co tak zatrudniało w marszu, że dopiero o samym południu, stanęli pod Krakowską Bramą. I natychmiast, nie bacząc na znużenie tylogodzinne walką, parę kompanii poszło na ochotnika w pomoc ludowi, daremnie szturmującemu pałac Igelströma na Podwalu.
Prawie o tej samej porze na kwaterze komendanta w arsenale zebrano się na krótką naradę. Brali w niej udział: Cichocki, Deybel, Orłowski, Giesler, Chomentowski, Dobrski, oraz paru młodszych oficyerów. Tak jednak byli zgorączkowani oczekiwaniem wiadomo-