Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/379

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żeby gradowa ciężka chmura zwaliła się na szwadrony, porwała je piekielną mocą i zmiesiwszy w potworne kłębowisko, jęła nimi miotać na wszystkie strony, niby kupą uschłego listowia. Gromowe ryki rozdarły powietrze. Nie dojrzał nad migoty broni, nad jakieś majaczenia ludzi, twarzy, koni, rąk i ciosów. Nie usłyszał nad obłąkańcze wycia i głuche łomoty, jakoby tysięcy cepów bijących zapamiętale i nieustannie. Czasem kwik koński zagórował na mgnienie. Chwilami zaś huragan zdawał się przycichać, że biły w niebo jęki okropne, charczenia, zgrzyty żelaza, odgłosy szamotań i pojedyńcze wrzaski mordowanych.
Walka była krótka i tak mordercza, iż zaledwie kilkunastu kawalerzystów zdołało się wymknąć; reszta leżała, zwalona krwawym omłotem śmierci, wraz ze swoim dowódcą ks. Gagarynem, który pono uderzony od kowalczyka z Saskiej Kuźni rozpaloną sztabą, padł z rozbitą głową.
Konopka rzucił się po tem zwycięstwie z sukursem Haumanowi.
Podobien bogom z urody, bez kapelusza, z włosem w rozwianych puklach, blady, z piorunami w oczach, wzniosły, z szablą w ręku, okrwawiony, płomienisty a baczny na ewenta walki, prowadził lud, pierwszy rzucając się do boju i roznosząc śmierć i przerażenie.
Ale Moskale już zaczęli ciskać broń, wołać pardonu i powiewać białemi płachtami.
Nieprzyjaciel zniesiony, gęstym trupem pokrył pobojowisko. Umilkła bojowa zawierucha, natomiast tem