Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/365

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zasię armatę wyniesiono ze sklepu Kłaczkowej i pociągnięto na Zamek, gdzie już wybuchnął popłoch i niesłychane zamieszanie. Strzałkowski bowiem na odgłos pierwszych strzałów i bicia dzwonów zebrał swoją kompanię w dziedzińcu i zagarnąwszy plutony gwardyi pieszej, które miały go zluzować, kazał trąbić na wymarsz. Sprawiło to taki skutek, że z królewskich pokojów przyleciało kilka osób z Ryksem na czele.
— W imieniu króla zabraniam wymarszu. Co czynisz, nieszczęsny? — wrzeszczał groźnie.
— Formuj się! Kolumna drożna! Stać! Nabijaj! — komenderował spokojnie porucznik.
Zatrzaskały stępie, nabijano pospiesznie i w dowolnem tempie, jak czasu bitwy. W bramie pod zegarem zbierało się uzbrojone pospólstwo. Od Piekarskiej leciały bitewne wrzawy, granie trąbek, bębnów i strzały. Gdzieś z miasta huczały armaty, a nad głowami coraz potężniej rozlegało się ponure bicie dzwonów. W mrocznych jeszcze dziedzińcach zamkowych zapanowało zamieszanie i trwoga, zwłaszcza gdy warty opuściły swoje stanowiska.
— Panie poruczniku, armata już czeka! — meldował zaziajany Staszek.
— Podnieść chorągiew! Artylerya na czoło! Ile masz nabojów?
— Trzydzieści! — odparł Staszek, stając przy armacie z zapalonym lontem.
— Kolumna, krok podwójny! Marsz! — wydobył szablę. Bębny zawarczały i kolumna ruszyła.