Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/355

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzeniach; były pomyślane na każdą okoliczność chytrze i przewidująco. Niektóre zdumiewały zuchwałością.
— Waści karmiono szpakami — wyrzekł ze szczerem uznaniem Zaręba.
— Ma się głowę na karku nie tylko dla proporcyi! Moja maksyma: Gdzie nie poradzi siłą, tam fortelów spróbować. P nic ja się tak nie turbuję, jak żeby zaraz z miejsca capnąć za kark Igelströma. Sierakowskiego ludzie, ze sto wybranego chłopa, same tęgie bykokłuje, rzucą się na ambasadę z nienacka. Drabiny, osęki, pakuły, maczane w smole, i wszystko potrzebne do szturmu już nagotowane. P. porucznik odchodzi? Napijmy się...
— Przejdę się trochę, dopiero trzecia! Wolność i Kościuszko, Mospanowie!
— Wolność i Kościuszko! — odkrzyknęli zrywając się z miejsc.
Zapragnął wrócić do siebie na kwaterę, ale na powietrzu poczuł naraz niesłychane znużenie. Pod kamienicą Baryczków przysiadł na kamiennej ławie, aby nieco odpocząć i zebrać myśli. Ciemno było, jak w piwnicy, wiatr ustawał i rozpościerała się głucha, niepokojąca cisza. Wilgotny ziąb przejmował do kości; okręcił się burką i przyparłszy się do muru, ani wiedział, jak zasnął. Gdy otworzył oczy, już niebo poszarzało i ratuszowa wieża wynosiła się jakby z głębin mrocznych topieli. Nie mógł się przezwyciężyć, same oczy się zawarły i sen go znowu przytulił.
Wstawał dzień, modrawe świty rozlewały się w ulicach, że domy dawały się widzieć, jakby zanurzone