Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/345

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Piję na zwycięstwo i śmierć wrogom! Na tryumf chwałę życia!
Zawtórowali mu wszyscy krzykiem i brzękiem pucharów! Zaczem poczęli wnosić przeróżne zdrowia, jedno po drugiem. Jakby szał ogarnął umysły i serca, szał ochoty bojowej, radości, wesela. Karty poszły w kąt, złoto rzucono służbie, pito na umor.
Tylko Woyna, skonfudowany nieprzewidzianym obrotem swojego toastu, pił w milczeniu i z jakiemś traicznem namaszczeniem, a Zaręba, spełniwszy parę kielichów, wyniósł się niepostrzeżenie.
Właśnie druga z północy wybijała na ratuszu, gdy znalazł się w swojej kwaterze na Krzywem Kole. W przymkniętej tylko dla oka bramie trzymał wartę jeden z jego żołnierzów, bowiem cały zajazd pełen był zbrojnego ludu. Pod szopami i w ciasnych dziedzińcach stały już w zaprzęgach armatnie cugi. Ledwie się przecisnął pomiędzy śpiącymi: leżeli pokotem w bramie, na schodach i po kurytarzach. Ze wszystkich stron rozlegały się chrapania i na każdym kroku stożyła się najrozmaitsza broń.
Kacper dogonił go ze stajenną latarnią i weszli razem do mieszkania. Kolacya, dawno już ostygła, stała na stole. Zaręba przypiął się do niej łapczywie.
— Wyprawiłeś listy do Grabowa?
— Wziął je jeden znajomy Żydek i doręczy. Żaden z naszych parobków iść nie chciał.
— Niby jak to? Kazałeś i nie posłuchali? W jakiejże to masz ich subordynacyi?