Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/340

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Uczynił to ze skwapliwością, lecz w sieniach zastąpiła mu drogę jejmość Liwska, zaufana generałowej, pani beczkowatej cyrkumferencyi, a rozgdakana, niczem kwocha.
— Nie mówiła generałowa o nieszczęściu, jakie nasz dom nawiedziło?
— Jako żywo ani słowa! Umarł kto?
— Żeby to, stokroć gorzej! Zginęła nam panna Radzymińska! — zaszeptała, łamiąc ręce — a było tak! O dobrym zmierzchu narychtowałam cały nasz fraucymer, aby go przeprowadzić do Wizytek dla przezpieczności! Patrzę, brakuje Zośki. Wołam, nie ma. Szukamy: jak kamień we wodę! Myślałam, że mnie krew zaleje Zmówiłam nowennę do świętego...
— Mościa Wojszczanko, ale tak mam czas wyliczony! — przerwał jej dość niecierpliwie.
— Jesteś Waść przyjacielem jej brata, to słuchaj. Przepadła! Po nitce dalejże do kłębka i wydało się, że wyszła o zmroku w czarnym płaszczu i z kapucą nasuniętą na oczy. Widziały ją warty przed pałacem! Słyszane to rzeczy! Juści ktoś musiał na nią czekać na ulicy! Którażby to uciekała sama i po co? Zgubiona dziewczyna! Co na to powie rotmistrz? Co powie świat? Taki wstyd i hańba! To musi być sprawka starościca Woyny: ciągle przesiadywał i wciąż szeptali po kątach. Zaraz mówiłam i przestrzegałam.
— Woyna deklarował się wczoraj o jej rękę. Mówił mi rotmistrz.
— Nie może być! To już jestem, jak tabaka w rogu! A źle jej z oczów patrzało. Deklarował się!