Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/339

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chu. Gdzieś z głębi domu dolatywały babskie lamenty i płacze. Frontowe komnaty stały już powywierane, puste i zaniesione błotem i wapienną kurzawą. Obicia ze ścian były pozdzierane i wszelkie sprzęty wyniesione. Kilkunastu gemejnów, przysłanych do obrony, pracowało nad barykadowaniem bram i frontowych okien, zabijanych deskami i materacami. Pomiędzy oknami wybijano strzelnice. Opatrywano broń i znoszono naboje, widły i siekiery.
Zaprowadzono go do generałowej siedziała w izdebce, zawalonej po sufit gratami, przy łojowej świecy, zajęta pisaniem wiersza »Na wybuch powstania«. Nie omieszkała mu też przeczytać przydługiego nieco wstępu.
Chwalił gorąco, nie rozumiejąc zresztą, do czego zmierza. Była to bowiem oda, naszpikowana imionami bogów i wzywająca ich pomocy dla Polski i Kościuszki. Odważył się wreszcie wyłożyć prośbę i życzenia Mokronowskiego.
Generałowa, porwawszy się z miejsca, wykrzyknęła pompatycznie:
— Gdzie ty Gajus, tam ja Gaja! Generał w o bliczu wrogów, pod kulami, w azardach życia, a ja miałabym nikczemnie opuścić zagrożone stanowisko! Raczej śmierć przenieść, niźli hańbę! Widziałeś przygotowania obrony? Sama je zarządziłam.
Nie pozostawało, jak uwielbiwszy bohatyrską dyspozycyę serca i oddając należną cześć męstwu, wielkoduszności i wzniosłym cnotom generałowej, odejść w pokorze.