Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/338

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


panowania nad sobą, chociaż serce pękało z boleści i duszę szarpały wszystkie furye rozpaczy. Zabijała w sobie nawet nadzieję.
Takiej, jaką się objawiła w tej chwili, nie znał jeszcze i zapamiętał na zawsze.
Przystała na wszystko, co proponował dla jej bezpieczeństwa! Stanęła pomiędzy niemi cicha, uroczysta zgoda, zapieczętowana braterskim uściskiem dłoni. I zdobywali się na niesłychane męstwo przy rozstaniu. Rozchodzili się przyjaciółmi, ale ciężko im przychodziło rozerwać splątane dłonie. Ciążyli do siebie z nieprzepartą mocą. Usta szukały ust, ramiona wyciągały się do siebie, w przymglonych oczach wrzały nieugaszone, głodne wary pożądań. Kocham, śpiewały błyskawice spojrzeń. Kocham, dyszały spieczone wargi. Kocham, łomotały serca! Nie ulegli jednak sile oślepłej miłości. Przezwyciężyli własne uczucia. Jakiś nieprzezwyciężony nakaz trzymał ich od siebie w przystojnej odległości. I przez gwałt nad sobą, przez mękę, na żywym grobie miłości utwierdzali przyjaźń dozgonną. Rozumieli jeno, że tak być musi. Przy rozstaniu nie padło ani jedno słowo żalów ni skarg. Mężnie przenieśli ostatnią chwilę.
— A niechże wszystkie amory zatrzasną pioruny! — klął Zaręba, pędząc co koń wyskoczy na Krakowskie, do pałacu Mokronowskich. Na szczęście brakło mu czasu na rozmyślania.
Warty stojące przed bramą wpuściły go do środka. Pomimo tak późnej godziny w całym pałacu panował wielki ruch. Służba wystraszona, prawie nieprzytomna, kręciła się na wszystkie strony w gorączkowym pośpie-