Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/334

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Już widzę, co się ze mną stanie, widzę; powleką mnie pod pręgierz i ogłoszą za bezecną i nad głową przybiją napis: kara dla zdrajców ojczyzny! — zaszeptała, jakby w nagłym obłędzie — Boże, jakie to straszne! I za co? za co?
Ten rozełkany szept zatargał mu wnętrznościami. Pochwycił jej rozpalone dłonie.
— Iza, na miłość boską, uspokój się! Jestem przy tobie i nie dam cię nieszczęściu, obronię przed każdą złą przygodą — zapewniał gorąco — posłuchaj mnie tylko!
— I ty mnie potępiasz? I ty mnie znajdujesz winną? — łkała żałośnie.
— Pragnę cię ratować; zali to nie starczy za respons? — Był już zrozpaczony.
Obtarła łzy i długo patrzyła w niego oczami takiej miłości, pokory, uwielbień i zarazem smutków, że nie mogąc wytrzymać tego spojrzenia, puścił jej ręce i chciał się odsunąć. Już mu się krew burzyła i tracił panowanie nad sobą; nim jednak zdążył, rzuciła mu się na szyję, wybuchając ognistym potokiem wyznań i skarg.
— Kocham cię! Nie uciekaj odemnie! Kochałam cię zawsze! Niech wypowiem, co mi udręcza serce. Kochamcię. Zawsześ taki srogi, taki daleki, taki nieubłagany. Miej litość nademną Nauczono mnie pacierza, a nie nauczono, jak trzeba żyć! Nie potępiaj mnie. Twoja wzgarda doprowadziła mnie do wszystkiego. Tak czekałam, że powrócisz ze słowem miłości! Boję się! Odejdziesz i umrę z rozpaczy. Nie pozostawiaj mnie samej, kochanku mój, panie mój! Pamiętasz wtedy na Woli?