Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/328

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Da Bóg, jako obaj spotkamy się w zdrowiu — Zrobiło mu się jakoś ckliwo i markotno.
— Modlę się o jutro i drżę; jakaś trwoga mnie obłazi, niby robactwo. Muszę dyscypliną wypędzić takową dyspozycyę. Płakałbym; starość to czy nikczemny strach?
— Sił nam, Ojcze, potrzeba i spokoju na jutro. Raczej podchmielić przed bitwą wypada żołnierzowi, niźli deliberować nad tem, co będzie! Lepiej Ojciec przypilnuj, żeby w murach klasztoru od Danilewiczowskiej wybito akuratne strzelnice.
— Już wybite, sam je maskowałem chrustem. Byle jeno granatniki przyszły w porę!
— Skoro rozruch się uczyni, mój Kacper przyprowadzi je i zostanie Ojcu do pomocy.
— Wolność i Kościuszko! — wykrzyknął naraz mnich i zginął w mrokach i ciżbach.
Zaręba przepychał się do swojego rontu, stojącego na tyłach, od strony Nalewek.
Arsenał dawał podobieństwo ula; tak pełen był głuchego szumu przygotowań.
Na piętrach i w basztach narożnikowych od strony Długiej ciemno było i cicho, tam już bowiem, za furtami, bramami i oknami, założonemi worami piasku, rozkładała się piechota w bojowej gotowości. Przy strzelnicach, któremi gardziele armat groziły w obie strony Długiej, ku Bielańskiej i Lesznu, brali miejsca kanonierzy. W kominach, przysposobionych do tego użytku, pod rusztami gorzały ognie do rozpalania brandkul. Pod ścianami stały otwarte skrzynie z działowymi nabojami