Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/327

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Skłonił się i wyszedł pospiesznie, ale w pierwszej stancyi zastąpił mu drogę Radzymiński. Blady był, traiczny, wpadnięte oczy gorzały ponuro, buchał gorączką.
— Powiedz mi o Woynie, co to za człowiek?
— Bój się Boga, teraz, kiedy nie mam ani chwili do stracenia i w takich okolicznościach!
— Jutro zginę. Mam ostrzeżenie z góry! Pokazał mi się jeden z przodków. To znak niechybny, zawsze to się staje, jeśli który z Radzymińskich ma zginąć. Na mnie przypada kolej, więc muszę się ubezpieczyć co do siostry. Powiedz, o coć pytam?
— Muscadin, cynik, gracz, a zarazem człowiek wyższej miary. Przekonałem się o tem.
— Deklarował o rękę Zosi, i to w nadzwyczajnych okolicznościach. Nie wiem, co począć?
— Toć powiem: człowiek pewny, a jak obecnie, i znacznej substancyi dziedzic.
— Wierzę, ale małżeństwo niemożliwe. Musiałbym powiedzieć o jej nieszczęściu...
— Pozostaw to im. Miłość znajdzie najskuteczniejsze remedyum. Co zaś do twoich przywidzeń, wzburzonej imaginacyi to skutek. Bądź zdrów, niewiadomo, komu z brzega...
Opuścił go; Ojciec Serafin, idący przy jego boku, wyrzekł zasmucony:
— Nie zawsze najdzie, kto szuka! Rotmistrz wyraźnie będzie szukał śmierci. Muszę wracać do klasztoru. Niechże cię, poruczniku, Bóg strzeże! — rzucił mu się na szyję.