Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/325

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mówi Naczelnik, i tak nakazuje konieczność! Idziemy na walkę o wolność, całość i niepodległość. Nie pozostaje nam, jak zwycięztwo lub śmierć.
— Zwycięztwo albo śmierć! — buchnął ogromny krzyk.
— Lwom nie będę zalecał męstwa. Niechaj każdy spełni powinność! Z Bogiem!
Żegnał się z każdym z osobna. Splątały się dłonie i ramiona. Za jedno biły serca i radośnie zapłonęły oczy. W braterskich uściskach stapiały się dusze. Nie było zbędnych słów ni roztkliwiań. Hardo spoglądali w śmierć. Młode orły rwały się do lotu. Rumieńce zbarwiły blade jagody. Zagrała rycerska krew. Święta powinność porywała na śmiertelne azardy. W obronie ojczyzny powstawał nieprzełamany mur piersi. Te męże wybrane, cnoty najrzadsze, sama wierność, samo poświęcenie i najgórniejsza młodość, nie pokazując nad zimną determinacyę, ruszali radośnie lać krew za ojczyznę, wyrywać ją z wilczych szponów i ginąć za jej wolność i szczęście.
— Zaiste, syny ojczyzny najprzedniejsze, bohatyry! — szeptał Mokronowski, a pomimo swoich wolteryańskich opinii żegnał ich krzyżem i błogosławił.
Zaręba przecisnął się do niego z jakimś niebieskim karteluszkiem.
— Obywatelu-Generale! Melduję wiadomość otrzymaną w tym momencie.
Generał przeczytał śpiesznie i rozpromieniony zawołał do odchodzących: