Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/310

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


księża do słuchania Wielkanocnej spowiedzi, a pod tym pozorem będą rozdawali spiskowym: hasła, termin wybuchu, komu potrzeba, to i naboje, no i będą ich zaprzysięgać przy komunii. Jest tutaj na sali ks. Meier, ks. Jelski i ks. Wrześniewski, może się z nimi Ojciec porozumie.
— Pomysł bezbożny używać do takich spraw konfesyonału z kościoła, nie przyłożę do tego ręki. Profanacya! Nie, nigdy! — odrzekał się, przejęty zgrozą i strachem.
— Taki jest rozkaz, spełnienie go jest patryotyczną świętą powinnością.
— Już wiem! Boże, co ze mną wyrabiają te Belzebuby! Któż mnie z takiego postępku rozgrzeszy?
— Własne sumienie, zwycięstwo dobrej sprawy i wdzięczna pamięć przyszłych pokoleń.
— Baj baju, chłop śliwy rwie, a jeno ich dwie! — wyrzekł płaczliwie — Czy mnie oczy nie zwodzą? — zawołał nagle — Jasiński z Grosmanim! — i wskazał radośnie na przeciskających się w stronę Chomentowskiego. Zaręba przysunął się do nich i po serdecznych powitaniach z pułkownikiem i z »municypałem wileńskim« pozostał już przy socyuszach z loży. Konopka witał go, jak zwyczajnie, zaś ks. Meier i Chomentowski, z wyróżniającą życzliwością. Nawet był rad takiemu obrotowi sprawy.
Otoczono Jasińskiego, który, jak zwykle, piękny, smukły, z włosami w puklach spływających nieledwie na ramiona, z oczami pełnemi błyskawic, porywający i wzniosły, opowiadał o wileńskich przygotowaniach