Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/309

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


aby wobec grożącego niebezpieczeństwa rozejść się, póki czas. Zwłaszcza obywatele cywilni dawali wyraz swoich obaw, najgłośniejsze roznosząc zamięszanie i niepokoje. Dopiero kiedy Chomentowski zapewnił, jako dwie kompanie kanonierów z harmatami strzegą bezpieczności, nastąpiło jakie takie uspokojenie. Podniesły się natomiast głosy rozmów, zgromadzenie bowiem było bardzo liczne, sto kilkadziesiąt person, samych najznaczniejszych sprzysiężonych, przepełniało salę, zajmując wszystkie ławy pod ścianami i miejsca.
Zaręba, stojący samotnie na uboczu, przyglądał się Wrońskiemu, który otoczony młodzieżą wojskową, coś im namiętnie rozpowiadał. Patrzyli w niego, jak w cud niepojęty.
— Słusznie powiadają: »Wystaw pełne koryto, a świnie się znajdą« — szepnął mu rubasznie Ojciec Serafin. — Fakcya »Obrońców Wolności« na stanowisku. Uważaj Waszmość, podają sobie jakieś karteluszki. Konopka ma minę dyktatora! Coś spikują...
Zaręba zbył go milczeniem, nie czując się w usposobieniu do kontrowersyi.
— I moderanci w komplecie — szeptał niestrudzenie mnich — będą znowu nastawali na odroczenie; nie darmo Gautier z Morinem obrabiają Kilińskiego. Majster nie pozwoli się przekabacić. Nie dałbym mu rozgrzeszenia, choć taki poczciwy.
— Dobrze, iż mi Ojciec przypomniał — zaczął Zaręba, odciągając go na stronę — muszę Ojcu zakomunikować, co Rada postanowiła. Od jutra mają we wszystkich kościołach zasiąść w konfesyonałach nasi