Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


moje ciało? Łachmanem, który odrzucę przed progiem zmartwychwstania. Wiele jest pałaców duszy mojej w nieskończonościach i nie wiem jeszcze, gdzie i jaki kształt widomy przybierać będę. Ale czuję, jako na ziemię już nie powrócę i życiem ludzkiego robactwa więcej żyć nie będę. Mam awersyę do życia. Tęsknota porywa mnie na swoje tęczowe skrzydła i niesie do mojej prawej ojczyzny, w bezkresy! — dokończył bezsilnym szeptem.
Zadumał się; nie śmieli przerywać milczenia, słychać było przyspieszone oddechy i niemal kołatania ich serc poruszonych. Myśli mieli pogubione i zmącone czucia, patrzyli oczami powracających z głębin marzenia.
Powiedział im jeszcze coś po cichu, a dokończył głośniej, jakby wyzywająco:
— Jestem czemś więcej, niźli Polakiem: jestem człowiekiem — i zerwał się z krzesła.
Powstali wszyscy, bowiem nad głowami rozlegały się już liczne stąpania i gwary.
— Cóż to za jeniusz! — spytał Zaręba na schodach Linowskiego.
— Podporucznik artyleryi fortecznej Wroński, po chodzi z Lublina. Słyszał go Waszmość?
— Piąte przez dziesiąte Prawił, jakby się napił szaleju. Konia z rzędem, kto zrozumie.
Linowski tak gorąco wystąpił w obronie przyjaciela, aż mu Zaręba rzekł zniecierpliwiony:
— Mnie się jednak te mądrości wydały womitami z naczytanych książek, co jeno dowodzi, jako nic a nic na nich się nie rozumiem — złagodził w zakończeniu.