Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/298

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Woyna szeptał na boku z Radzymińską; spojrzenia panien często zezowały w ich stronę.
W sąsiedniej komnacie przez otwarte, wyzłocone podwoje, widać było kilkanaście dam z miasta, nigdy nie spotykanych na asamblach znaczniejszych domów. Generałowa traktowała je ze szczególną uprzejmością. Zajęte były chrupaniem cukrów, skubaniem szarpi i narządzaniem długich bandażów. Całe kupy białych szmat i płócien stożyły się na posadzce. I przy nich kręciło się do pomocy kilku oficyerów.
— I my się gotujemy — szepnęła generałowa Zarębie — codziennie schodzimy się na taką właśnie zabawę. Niema już stanów, gdy idzie o ojczyznę — dodała, nazywając zebrane damy; były to przeważnie żony i córki wielkich kupców, miejskich obywatelów, bankierów i członków magistratu, a zaledwie kilka pań z wyższego świata.
Obejrzał się dokoła, jakby szukając kogoś.
— Kogóż Waść tutaj nie najduje? Zbieramy się partyami, codzień gdzieindziej...
— Myślałem spotkać p. Barsową! — szepnął zniżonym głosem.
— Lwica rewolucyi i bożyszcze jakobinów, nie czułaby się swoją pomiędzy nami! — powiedziała z nieukrywaną awersyą, powstając na wejście nowego gościa.
Z tych słów wymiarkowawszy opinie, jakim aktualnie hołdowała generałowa, miał się na baczności i większą zwracał uwagę na to, co się dokoła działo. I posłyszawszy rozmowy z komnaty generała, posunął się tam, jakby w rekonesansie. Przy okrągłym stole