Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/297

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Te chorągwie powiedą nas do sławy i zwycięstwa! — dorzucił ogniście Zaręba.
Na co znów Woyna, zasiadłszy do otwartego klawicenu, zagrał Marsyliankę i począł śpiewać cudnym, porywającym głosem. Zerwały się panny od krosienek, powstała sama wojewodzina Jabłonowska, zbiegły się z drugich pokojów damy, zjawiło się niewiadomo skąd kilkunastu mężczyzn i wszyscy wraz zaśpiewali, powtarzając z niesłabnącem uniesieniem pierwszą zwrotkę po kilka razy. Wszystkich przejęło czułe poruszenie, łzy pociekły z oczów, twarze się spłomieniły, a z piersi rwał się ten śpiew najgłębszej miłości ojczyzny i wolności. A już Zośka Radzimińska, stojąca wpodle Woyny, z oczami utkwionemi w choręgwie, dawała ze siebie obraz prawej Bellony! Duszę dawała w ten śpiew zapamiętały, górny i bohatyrski. Była piękną, lecz w tym momencie zdała się być jednym cudem, wzniosłością i zarazem gniewem. Z pod spiętych groźnie czarnych łuków brwi, oczy jej gorzały żarami wulkanów, twarz pobladła na płótno, a nizki głos huczał, jak dzwon, na bój, na walkę, na śmierć!
Wreszcie panny zasiadły z powrotem do krosien, wyszywania na bandoletach przeróżnych napisów i wszystko powróciło do zwyczajnego ładu. Kupa młodych oficyerów, pilnie się zasługiwała przy nawijaniu kordonków, podawaniu kłębuszków i rysowaniu ołówkami napisów. Nie brakowało i cywilnych elegantów, bowiem fraucymer generałowej składał się z panien, reprezentujących pierwsze domy w województwie.