Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wemi winami, nie żałując przytem pieprznej przyprawy trywolnych wielce dowcipów, zabawa z miejsca przybrała postać siarczystej pohulanki. Nawet Zaręba zgubił rychło swoją posępną dyspozycyę i usadowiony pomiędzy najpiękniejszemi aktorkami, jął namiętnie zabiegać o ich fawory.
Po nasyceniu głodu, kiedy wjechały na stół baterye pękatych, sędziwych gąsiorków, Woyna wniósł zdrowie wolenterów. Odpowiedział mu Rutkowski w kwiecistej i z bohatyrską swadą wygłoszonej przemowie! Traktyernia zatrzęsła się od wiwatów! Czułością dla ojczyzny wezbrane serca, pofolgowały sobie łzami. Ogarnęło wszystkich patryotyczne uniesienie. Przysięgano sobie walczyć do ostatniej kropli krwi! Spełniano kielichy dozgonnej przyjaźni. Poczem zaczęto wnosić najprzeróżniejsze zdrowia; prym w nich trzymał pucołowaty, smukły młodzieńczyk, zaczynający aktor Żółkowski, sierżant wolonterów i najzagorzalszy jakobin. Sypał wierszami jak z rękawa i prawił takie koncepty, że pokładano się od śmiechu. Literaci nie zabierali głosu, tylko jeden z nich, mały i chudy, z twarzą głodomora, w wytartej zielonej bekieszy i z włosami jakby zjedzonymi przez mole, przepijał z każdym z osobna i niekiedy znacząco chrząkał, a kiedy się uspokajało w oczekiwaniu toastu mówił:
— Powiadajcie swoje, właśnie koncypuję przemowę; nalejcie mi tymczasem.
I nalewał się do dna z niezamąconym spokojem, reszta zaś wrzała coraz głośniejszym gwarem. Zaczęto opowiadać anegdoty i facecye. Ks. Martelingo opowia-