Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/280

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Milczenie zaległo; skrzyżowały się spojrzenia, powstały szepty.
— Nie udecydowano jeszcze komisarzów, wodzom przydać się mających.
— I nie nastąpiło porozumienie względem oskarżonych dam! — podnosiły się sprzeciwy.
— Żądamy sądu i kary na króla! — wybuchnęły naraz dosyć liczne i natarczywe głosy.
— Jeśli większość oświadczy się za deliberacyami w tej materyi, mogę światła loży zapalić! — ogłosił mistrz jakoś niechętnie.
Miasto wotowań sztylety posypały się na stół, mistrz je przeliczył.
— Trzydzieści wotów affirmative. Zaczem otwieram sądy nad królem.
— Zakładam veto — wystąpił niespodzianie Zaręba — loża obrońców wolności nie może uzurpować sobie praw przynależnych sejmującym stanom! Części nie wolno stanowić o tem, co jeno wola powszechności decydować powinna. Tylko konwokacyjny sejm jest mocen postanowić o najwyższem zwierzchnictwie — mówił z lodowatym spokojem.
— Rewolucya sama jest prawem!
— Rewolucya jest matką nowej ludzkości, nowego życia i nowych praw — krzyczano.
— Ale niema być matką, pożerającą swoje dzieci, jak maciora — padł jakiś głos sprzeciwu.
— Żądam sądu i kary na króla! — powtarzał ktoś swoje z niezmienną uporczywością.