Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Poczem mistrz, położywszy dłoń na księdze praw człowieka, uroczyście wygłosił:
— Wyjęci z pod praw i skazani, od tego momentu są poza społeczności obrębem; można z nimi postąpić, jak z dzikiemi zwierzęty — wytępiać bez miłosierdzia. Nie mają być jednak poszwankowani na honorze i majętnościach członki ich rodzin, jeśli w niczem nie zgrzeszyli przeciwko ojczyźnie. Obywatele dwa, trzy i pięć, waszą powinnością dokonać wyroków. Na szubienicach ma być napis: »Kara dla zdrajców ojczyzny«. A jeśliby któren uszedł karzącej dłoni, obwiesić jego nazwisko na placach.
Trzy maski skłoniwszy się przed mistrzem, usunęły się na stronę.
— Obywatele cztery, siedem i dwanaście, zaś waszą będzie powinnością, natychmiast po wybuchu insurekcyi ubezpieczyć skazanych i oskarżonych aresztem, i strażami. Ktoby osłaniał winnych, poniesie karę zdrajców. Wolność! Równość! Braterstwo!
Zamknął księgę, puginał schował i zdmuchnął dwie świece na znak skończenia.
— Za pozwoleniem! — wyrwał się jakiś głos protestujący.
— Loża w ciemnościach; już nikt nie ma prawa głosu — ostrzegano.
— Jeszcze jeden nie został osądzony i to najgroźniejszy.
— Któż taki, kto? — posypały się mimowolne pytania wbrew regulaminowi.
— Król! Żądam na niego sądu i kary!