Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zebranie miało być liczne i ważne; schodzili się cechmistrze najważniejszych kunsztów i starsza czeladź na generalną naradę i złożenie uroczystej przysięgi.
Długa, sklepiona izba od frontu, gdzie zwyczajnie stały szewskie warstaty, przemieniła się nie do poznania; umieciona, wysypana żółtym piaskiem, zastawiona rzędami krzeseł i ław, obitych zieloną trypą, dawała podobieństwo sali przyjęć. Okiennice były zawarte i przysłonięte, nizkie szafy, pełne skór i kopyt, zginęły pod zielonemi kitajkami. Pod okrągłym saskim piecem, ściśniętym mosiężnemi obręczami, ustawiono stoliki i dwa paradne fotele dla księdza i komisarza Głównej Rady. W mosiężnych świecznikach, poustawianych na szafach, jarzyły się grube świece z blichowanego wosku. Na jednej ze ścian i w miejscu widnem wisiał Kościuszko, wyobrażony czarną farbą i otoczony wieńcem z bukszpanowych gałązek. Konterfekt Naczelnika, dziwnie utrafiony, rzucał się w oczy i zdawał się panować nad całą izbą.
— Maryniu, trzeba nieco wykadzić! Nie każdy uważa zapach skór za larendogrę.
Majstrowa, rozżarzywszy trociczki na jakiejś pokrywie, tak wykadzała, że niebieskawy dym wypełnił izbę, a Kiliński kichnąwszy raz i drugi, rzekł z przechwałką:
— Pachnie, jak na królewskich pokojach! Nagotowane, jakby dla senatorów! Waluś, zobaczno, czy Iwan Iwanowicz w swojej stancyi. Żeby nie zrobił jakiego szpasa...