Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Skłonił się dumnie i niezmiernie poruszony szedł w stronę Podwala.
Konopka, szepnąwszy coś na ucho jakiemuś człowiekowi, który się przy nim znalazł, odszedł w przeciwną stronę.
Kiliński poczuł się dotkniętym w swoich najświętszych uczuciach. Nie był partykularnym przyjacielem króla, lecz Majestatu bezwzględnym wyznawcą. Niebawem słowa Konopki dały mu wiele do myślenia. Oświeciły go w sprawach, o których nigdy nie rozmyślał, jak o codziennym pacierzu; tak nie nastręczały wątpliwości. Boga i króla uważał za nietykalnych i poza wszelkiemi deliberacyami. A przytem żarła go urażona ambicya. Miał się za wyrocznię pospólstwa i za naturalnego jej wodza, a tu ni stąd ni zowąd wyrasta Konopka z oddaną sobie bandą ultajstwa. Nie łacno przychodziło mu się z tem pogodzić. Miał się też za ważne instrumentum sprzysiężenia, w którem zdało mu się, iż przeznawał wszystko na wylot, a nic nie wiedział o formującej się antykrólewskiej fakcyi. Stropił się tem niezmiernie. Musi ktoś znaczny stać za Konopką? Medytował, obcierając spocone czoło. Ale kto? Komu król stoi na zawadzie? Nie generałowi Kościuszce! Na spiskowych zebraniach również nie słyszał i słowa przeciw królowi. A może Targowicy! Podejrzenia zaroiły się w nim kłębami coraz hydliwszego robactwa. A może carowej i królowi pruskiemu? Niechybnie. Zwaliwszy króla i przywiódłszy kraj do anarchii, a może i wojny domowej, łatwiej go będzie pokonać i zagrabić.