Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


powiem: z obroną króla nie wyjeżdżaj! O złą przygodę nie trudno!
Majster pogniewał się na dobre i głosem, nie dopuszczającym wątpliwości w jego szczerość, zaczął mówić tak ogniście, aż mu chwilami brakowało tchu.
— Tak mi, Panie Boże, dopomóż, jako od dzisiejszego dnia, ja Kiliński, bierę króla Jegomości pod szczególną opiekę. Com rzekł, święcie dotrzymam. Pogróżek się nie boję. Waszmość jest szlachcic, a ja prosty człowiek; zobaczymy czyje będzie na wierzchu. Dziękuję za honor rozmowy i Bóg zapłać za oświecenie. Mądrej głowie, dość dwie słowie. Nie jestem edukowany, ale swój rozum mam. Rozumiałem: patryoci, a widzę: królewskiej krwie chłeptacze okrutni. Rozumiałem: bohatyrzy, wstający za wolność, a widzę: fakcyoniści! Rozumiałem: Polskę chcą zbawić, nieprzyjacioły wygnać, sprawiedliwość utwierdzić i wolność, a widzę, iż jako stało się we Francyej, po króla sięgają i gotowi nawet na Boga podnieść ręce! Tu drogi się nasze rozchodzą, Mości panie Konopka! Generał Kościuszek będzie wiedział, jakich ma pomocników! Mną rządzą nie jakobińskie maksymy, wyczytane w księgach, a jeno prosta powinność względem króla i ojczyzny. Do insurekcyi, do walki z najazdem, do walki o wolność, równość i całość stawam i daję choćby ostatnią kroplę krwi, ale fundamentów powszechności, Boga, i fundamentów tej Rzeczpospolitej, króla, również bronił będę do ostatniego tchu. Wylazło szydło z worka! Dobrze mi o tem wiedzieć! Dzisiaj króla pod topór, jutro konie do kościołów, a pojutrze Andzię posadzicie na ołtarzu u Fary! —