Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwyczajenia przypuścili szarże, płazując, kogo się dało. Powstał nieopisany krzyk i po chwili nie było już nikogo pod Bramą, jeno tu i owdzie walał się w błocie jakiś kornet lub jęczał stratowany.
Nie upłynęło jednak pacierza, kiedy Barani Kożuszek zjawił się na dawnem miejscu i wystawiając pokraczną figurę Moszyńskiego, wołał donośnie:

»Ni dyabeł, ni święty!
Srogą pychą odęty,
Nosi garb i wielbi dyamenty.
Ojczyźnie służy trocha,
Lecz i aliantów kocha,
A ma sobie za cnotę,
Że zbiera polskie złote.
Więc niech cię porwą czarci,
Grafie, pomiocie bękarci«.

Znowu zebrał się niemały tłum i od Starego Miasta ściągało coraz więcej ludzi, że Staszek obsadził swojemi strażami wyloty sąsiednich ulic, aby się nie dać zaskoczyć marszałkowskim lub kozackim patrolom, zaś Barani Kożuszek, snać wzburzony przygodą, z niesłychanym ferworem sypał jadowitymi wierszykami, coraz to nowe obcinając głowy. A jurzył tak skutecznie, że tłumy wrzały, jak burza wzbierająca z minuty na minutę. Co chwila zrywały się okrzyki gniewów, klątwy i groźby. Co chwila tłum się skłębiał gorączkowo i kołysał, niby fale w ciasnem łożysku zamknięte. A przychodziły momenty, iż ciżby stały z zapartym tchem, — oniemiałe, kamieniejące w zgrozie i zasłuchane w stra-