Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i wstąpił do wojska. Pachniała mu wojaczka, szabelka i wrony konik. Prawie dzieciuch, czarny jak kruk, śliczny, o czerwonych wargach, promiennem oku i panieńskiej cerze, dawał pozór wypieszczonego papinka, nieumiejącego ani be, ani me, a w istocie był młodzieńcem, rokującym najpiękniejsze nadzieje. Zaręba cieszył się nim, jak rodzonym bratem, chociaż mu tylko wypadał ciotecznym i w dodatku był synem nienawistnego kasztelana. Chłopak pokazował się bystrym i pojętnym nad swój wiek, umiarkowanym w sądach i opiniach, szlachetnym i o wielce dwornych manierach. Hardo nosił głowę i z góry spoglądał, lecz ubrany był skromnie, w krótki kożuszek, baranią czapkę i jałowicze buty. Głos miał przytem ujmujący, delikatne obejście i czarujący uśmiech. Porucznik opowiedział mu o matce, zatrącił o Izie, ale nie wspomniał o kasztelanie.
— Ja wiem, że mój ojciec zaprzedany — imperatorowej zaczął nie bez goryczy — nie krył się z tem w listach. Najgorsze, iż z tydzień temu przyjechał do Sieniawy Klotze, aby mnie zawieść do Petersburga. Miałem być pomieszczony w kawalergardach następcy tronu.
— Aż tak! To patrzy na kasztelana: żądny fortuny i wyniesienia.
— Właśnie w tę porę gotowałem się z towarzyszami uciekać do Kościuszki. Nie wiedziałem, co począć! Ojciec nakazywał pod błogosławieństwem, Klotze nalegał, nawet sam książę generał zachęcał. Komuż winienem był posłuszeństwo?