Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jakoby ogromne skrzydła ptaków, lecących w purpurowych zorzach i brzaskach.
— Słońce zachodzi źle, pewna plucha w nocy! Bujak, tabory wysunąć na czoło!
Koniusza wyrastała przed nimi coraz groźniejszym cieniem, jakby sięgającym rozkrwawionego nieba. Bił od niej mrok, chłód i pogłosy dalekich wrzaw.
U samego podnóża, na skrzyżowaniu dróg, pod kamiennym Chrystusem, siedzącym z twarzą wspartą na ręku, już oczekiwał Ślaski.
— Widziałem was z daleka, może od godziny, a nie mogłem się doczekać — zwrócił się do Kaczanowskiego — zdaj służbę któremu z oficyerów, bo musiemy prędzej stanąć przed Naczelnikiem. Bartosz, a dawajże konia panu podpułkownikowi!
— Mości poruczniku, bierz komendę i prowadź dalej kosynierów.
— Sama droga doprowadzi cię na miejsce — dorzucił jeszcze Ślaski.
Pojechali tak śpiesznie, aż iskry posypały się z pod kopyt.
Zaręba, nie tracąc czasu, zaraz w ich ślady pociągnął kolumnę. Droga była fatalna, stroma, naszpikowana odłamkami skał, wyboista, miejscami nawet niebezpieczna, szczególniej dla koni i wozów, a tak ciemna z racyi boru, który ich okrył czarną, nieprzeniknioną płachtą, że musiano zapalić pochodnie. W czerwonych, smolistych brzaskach, dawali obraz fantastycznego korowodu cieniów. Na domiar złego, zaczął mżyć drobny, uporczywy deszcz i zwolna droga przemieniała się w po-