Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


trzonych i zastygłych. Oblewały ją czarne lasy, a na szczycie, w łunach zachodu majaczyły kościelne wieże i jakieś białe mury.
— Patrzy na orłowe gniazdo! — szepnął Zaręba, podnosząc perspektywę do oczów.
— Za dobry pacierz staniemy u podnóża — dołożył jeszcze Bartosz.
— Ciężko się będzie na nią wciągać, zwłaszcza taborom — zfrasował się Kaczanowski. — Musi tam być przed kościołem jaki plac. Znasz tę górę? — zwrócił się do Bartosza.
— Toć moja parafia! Miejsca tam dosyć, choćby dla całego wojska! Co zaś do dróg, to jedna idzie prosto do kościoła, zakosami, stroma jeno i żmudna. Ale kto nie chce wstępować do Koniuszy, ma drogę obiegającą całą górę, która wychodzi do traktu na Słomniki. Dymy widać gęste na wierzchołku, pewnikiem biwaki.
— Prawda! Prędzej! Chłopy, prędzej! Zagrać fanfarę, niech nas dosłyszą! Rozwinąć chorągwie! Ostrym krokiem! Marsz! Marsz!
Słońce zachodziło za burą, wielką chmurę. Mrok pruszył na ziemię popielnym oparem. Głębokie doliny zapływały mgłami, że zdały się być jeziorami, ujętemi w modrawe ściany borów lub w skaliste cembrowiny łysych, poszarpanych wzgórz.
Trąby grały rozgłośnie i w mrokach coraz gęstszych, kolumna szarzała niby wielka, wzburzona rzeka, tocząca się z głuchym bełkotem. Niekiedy zaświeciły nad nią ostrza kos, a niekiedy załopotały chorągwie,