Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wbijał oszalałe oczy w jej skamieniałe ze strachu źrenice i pytał cicho, złowrogo:
— Widziałaś, co? Widziałaś!...
Przestała oddychać, krzyk zamarł na otwartych ustach, cisnęła się w pościel przed tą nieubłaganą twarzą, czepiając się rozpaczliwie jego spojrzeń, przebijających niby noże.
Ręką szukał czegoś na piersiach, zęby mu szczękały, a lewa dłoń posuwała się drapieżnie do jej gardła... była już blizką obłędu.
— Co tobie? Co? — wyjąknęła nareszcie jakimś ostatnim odruchem.
To go nieco oprzytomniło, zaczął się gorączkowo ubierać.
— Muszę iść, nie mam czasu, przyjdę kiedyindziej!... — bełkotał unikając jej oczów, nie śmiała się odezwać, nie odważyła się nawet poruszyć, gdy wychodził.
Stał jakiś czas w ciemnej, pustej sieni, miotały nim ponure myśli.
— Wszystko wie... wyda... może już powiedziała... — Ścisnął rękojeść noża i powrócił do drzwi; były już zamknięte, zakołatał niecierpliwie.
— Otwórz Rysia! Otwórz, zapomniałem ci dać pieniędzy! — prosił bardzo łagodnie, posłyszał szelest za drzwiami, klucz szczęknął, ale się nie otwarły, nie dała się złudzić obietnicą, poczuła śmierć.
Nie czekając długo, przez wąziutkie podwórko wyszedł na Świętojańską, w sąsiednim zaraz domu mieszkała panna Józia, z przyzwyczajenia spojrzał