Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Trwogi jego pierzchnęły. Oddawał uściski z niesłychaną gwałtownością, ogarnął go nagły, oślepiający pożar krwi wzburzonej, nieugaszone pragnienie pocałunków. I z taką gwałtownością rzucił na krzesło palto, że nóż z brzękiem wypadł z kieszeni na podłogę. Odrazu oprzytomniał, ale stał zdrętwiały, dziewczyna się zaśmiała.
— Z majcherkiem facuś spaceruje! — szepnęła niby żartobliwie.
— I... zwyczajny kozik... — odpowiedział tak samo, podnosząc palto z podłogi.
— Niech pan da kopiejek, to przyniosę jakiej wsuwy... Niezdrowo kochać się na głodno, niech też osoba doda i na monopolkę...
— Dobra, mnie się też jeść zachciało! — Już zupełnie odzyskał równowagę,. nóż schował na swoje miejsce i dał jej pieniądze; poleciała zaraz.
Cisza go ogarnęła, przeciągał się leniwie, bolały go wszystkie kości, czuł się dziwnie zmęczonym, a prawą ręką przy kostce nie mógł poruszyć bez bólu.
— Masz dyable kaftan! Jutro w garści pilnika nie utrzymam. — Myślał, opuszczając się ciężko na krzesło, paliła go twarz i w oczach czuł piasek, przecierał i ziewał ze znużenia, zapadając co chwila w jakiś dziwny stan; nie spał przecież a skoro jeno przywarł oczy, zdawało mu się, że jest tam, na ulicy, że znowu czeka... że znowu chodzi... wszystko się przesuwało przed oczami jak w latarni czarodziejskiej, szli ludzie... jaśniały światła... podnosiły się głosy.