Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Podobno szpicel... — obejrzała się trwożnie. — Stróż mówił, że we czterech czekali na niego przed bramą...
— Nie zawracaj mi gitary! — wybuchnął gwałtownie.
— Czego się rzuca... Ja pana nie ciągnę, wolna droga! — zakrzyczała obrażona.
Objął ją wpół i przyciskając mocno, szepnął łagodniej:
— Chodxmy prędzej, bo nie mam czasu.
Poszli już w zgodzie, tylko dziewczyna oglądała się co chwila z jakąś ledwie ukrytą obawą, aż się zapytał:
— O pięty się boisz?
— Nie, nie, tylko mi się zdawało, że ktoś leci za nami. — Znowu się obejrzała.
— Musiał ci jakiś kawaler obiecać lanie, kiedy się tak wiercisz... — żartował.
— Nie mam swojego, sama jestem biedna sierota! — i zajrzała mu w oczy z czułością, podobał się jej ogromnie. — Ale jakby pan chciał, to moglibyśmy się pokochać na dłużej, co?
Cisnęła się do niego namiętnie, lecz tak spojrzał na nią w odpowiedzi, że spuściła głowę i umilkła.
W parę minut byli już na Piwnej, w parterowej, sklepionej izbie.
Jędruś siadł przy stoliku i, paląc papierosa, błądził oczami po pokoju, ledwie rozwidnionym przez świecę. Zatęchłą wilgoć czuć było w powietrzu.