Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z wystaw; przechodził je, nawet nie zauważywsyz, ale czerwony brzask, padający z okien apteki od wielkiego szklanego naczynia, napełnionego jakąś krwawą cieczą, sprawił mu dziwną przykrość, zdawał się lśnić plamą żywej krwi, że omijał ją z niejasną, głuchą trwogą.
Noc już wisiała nad miastem, niebo szarozłotawe od łun bijących z dołu, obtulało wysokie, posępne domy, ale ulica wciąż była gwarna i tłumna; spacerujące gromady krzyżowały się wśród nieustannej wrzawy, niekiedy buchały szerokie, głośne śmiechy, albo wytrysnął rozbawiony chichot panieński. Podnosiły się nawoływania i czasem płacz dziecinny zakwilił żałośnie. Uliczne dziewczyny, jaskrawo postrojone, zaglądały w oczy mężczyznom, i, jak motyle różnobarwne, migotały wśród czarnych mrowisk niedzielnej publiczności. Drewniane bruki dudniły głucho pod kopytami, turkotały dorożki, dzwoniły tramwaje, a szmer tysięcy kroków i rozmów huczał, jak morze dalekie, że chwiały się od niego światła latarń, stojących niby szyldwachy w niestrudzonym szeregu.
Pod jakąś bramą stróż przygrywał z cicha na fleciku, a w jakiejś sieni mrocznej stała para, trzymając się za ręce; miejscami, z nad sklepów wybłyskiwały niespodzianie złote litery napisów. Czasami znów drzewa na trotuarach zaszumiały, lub przechodził człowiek z pudłem, uwieszonem na szyi i wołał monotonnie:
— Cygara! Papierosy! Zapałki!