Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zakrzepł na kamień, ta zbliżająca się chwila owładnęła nim teraz niepodzielnie.
Przygarbił się nieco, ręce głęboko wsadził w kieszenie i przepatrując z nadzwyczajną uwagą twarze spotykane, wlókł się leniwie, jak człowiek, któremu się nigdzie nie spieszy, ale wymijając ten dom, obleciał go błyskawicowem i niby aparat fotograficzny, niezawodnem spojrzeniem: stróż drzemał pod bramą, wielka sień była oświetlona i w głębi podwórza majaczyły jakieś drzewa.
— Za widno, z powrotem możnaby się natknąć na strupla! — zdecydował.
O parę domów dalej był sklep galanteryjny, za wielką szybą wystawy leżały stosy kołnierzyków, koszul i krawatów, przyjrzał się każdemu przedmiotowi z osobna i, nic nie spostrzegając, zawrócił.
Szedł spokojnie a bacznie do najbliższej ulicy poprzecznej, przyglądał się policyantowi, stojącemu na rogu i znowu powracał. Wiele razy, prawie już automatycznie tak spacerował, nie tracąc z oczów ani na chwilę pustej sieni. Przemykał się pod ścianami, jak głodny wilk, czatujący na zdobycz, gotowy w każdej chwili do skoku, nie czując trwogi żadnej, ni niepokoju. Czyhał z napiętą i wysiloną aż do bólu uwagą, a rozmyślał o figlach dzieci Ignaców i o kosie, że zaczął zcicha pogwizdywać walca, którego go uczył.
Z powodu niedzieli większość sklepów była zamknięta, na szerokim trotuarze leżał mrok, tylko gdzieniegdzie przecięty smugami świateł, bijących