Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Przecież to kawaler Mani...
— Pysk ma, że tylko walić! Nie lubię takiej facyaty! Któryż to?... Nie powiesz, dobra, twoja sprawa, dowiem się potem, ale pamiętaj, com ci radził: rżnij zbliska i pod włos! Kiedy myślisz?...
— Kiedy się zdarzy okazya...
— A nie uciekaj potem jak głupi, każdy frajer zaraz buch w nogi, prosto w pazury salcesonów... Uderzysz i odchodź jakby nigdy nic, przystawaj nawet i dopiero kiedy się zrobi wrzask, drałuj... Daj mi harmonijki, obiecałem zagrać węglarce, chrzciny dzisiaj wyprawia, przyjdź, będzie niezgorsza wyżera...
— Przyjdę, muszę tylko zaczekać na Ignacową, żeby dzieci zabrała...
— Mamra! — Zaśmiał się pogardliwie, wykręcił wąsiki przed lusterkiem, nasadził kapelusz, kosowi zanucił piosenkę, wyhuśtał chłopca aż pod sufit, dziewczynkę wyłechtał, że śmiechem się zaniosła, i wziąwszy instrument pod pachę, wybiegł pogwizdując.
— Michał! — zawołał za nim Jędruś — a uważaj na harmonijkę, lewem skrzydłem rób ostrożnie, bo tam się już skóra przeciera i dolne łapki wylatują!
Cicho się stało w izdebce, dzieci bawiły się pod kominem, wygrzebując karaluchy, a Jędruś, przysiadłszy pod oknem, wodził niewidzącemi oczami po facyatach, otaczających całe podwórze.
Dzień był szary i dziwnie smutny, listopadowy dzień, nad spiętrzonymi dachami, nad czarnymi