Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i dzikim tętentem, aż brzęczały szyby. Na świecie był mróz i panowała sroga zima. Zabrałem się do książek. „Trylogię“ znałem z bardzo niewielu felietonów, czytywanych przypadkowo po różnych cukierniach Polski. Zacząłem od „Ogniem i Mieczem“. Chciałem jeno przy rozcinaniu kartek rzucić tu i owdzie okiem. Pierwsza jednak stronica już wzięła mnie w niewolę czaru. Czytałem z nieopisanem zaciekawieniem. Nowe światy odsłaniały się przede mną. Szumiał step siwy od ros porannych. Baraszkowałem z Zagłobą, poufaliłem się ze Skrzetuskim, Podbipiętę przybrałem za komilitona! Robiłem coraz cudniejsze znajomości. Trawiła mnie gorączka. Zachwyt, zdumienie i radość szły ze mną. Nieznane szczęście rozpierało serce. Aż przyszła chwila, że przepadłem w zapamiętaniu, straciłem świadomość, nie wiedziałem już, gdzie jestem w rzeczywistości. Poczułem się bowiem w tamtych czasach, przed wiekami, wśród nieustraszonego rycerstwa. Uderzałem na wrogów ze śpiewem Bogarodzicy — pamiętam las migocących proporców, błyski tysięcy szabel, tnących łby kozacze, bojową zawieruchę, głosy trąb, końskie oszalałe kwiki, huk samopałów, jęki umierających. Byłem tam i byłem tem wszystkiem, co się przesuwało przez karty tej książki. Byłem mocą prześwietnej Rzeczpospolitej, jej majestatem i jej mieczem karzącym. I królem byłem. I Jaremą. I Skrzetuskim. I byłem najmarniejszym z ciurów obozowych. Miotały mną dziejowe huragany! Przecierpiałem wszystko: Żółte wody, i Korsuń, i po-