Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i huczały nieludzkie wrzaski. Zabawiała się tam młodzież z poczty, z powiatu, z zarządu księstwa, cała kupa kolejarzy i parę przygodnych panienek. Zabawa była składkowa, więc każdy hulał na swój sposób. Grano w karty, sztos szedł aż miło, Reszta piła, jadła i ryczała. Ktoś wygrywał na trąbce fanfarę, ktoś wybębniał walca na starym, okropnym fortepianie. Czasem śpiewano chórem małorosyjskie pieśni, modne podówczas między młodzieżą.
Wyniosłem się niezauważony do jakiegoś obskurnego hoteliku. Nora była ohydna, lecz za pokoik płaciło się pół rubelka. Kazałem sobie przynieść lampę, samowar, dużo bułek i pół pieczonej gęsi. Chudy żydek, dostarczywszy wszystkiego, zażądał natychmiastowej zapłaty. Wsiadłem na niego z góry, nie pomogło.
— Goście się spieszą na pociąg i często zapominają zapłacić — tłómaczył.
Zapłaciłem, zwracając mu za to uwagę na karaluchy, łażące po ścianach.
— Co to szkodzi! Uni sobie na ścianie, a pan dobrodziej sobie na łóżku. Wielki gwałt, jeszcze taki mały robak nikogo nie zjadł! Pan dobrodziej nic już więcej nie potrzebuje? Ja znam śliczne osobę... una jest narzeczona jednego oficera...
Zostałem wreszcie sam i z marzeniami o niedalekiej przyszłości.
Przez ścianę dochodziły jakieś swarliwe głosy i pijackie kłótnie. Za oknami migotały niezliczone światła stacyi. Pociągi przelatywały z krzykiem