Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wałem tego później, sądząc, że babus się obrazi. Nie pogniewała się jednak. A w parę dni potem, p.W. napisał, abym się zjawił u niego w najbliższą sobotę.
— Zajączki swoie zrobiły — zaśmiał się na przywitanie. — Naczelnik zmiękł, weźmie pana do swojego biura, na zastępcę rysownika, na razie jako wolnonajemnego! Jutro Nowy Rok, idziemy gremialnie mu winszować, pójdzie pan z nami, pro forma trzeba go o tę posadę poprosić, to już z nim umówione. Przyjdź pan na dziesiątą, nie później, bo w samo południe jedzie do Warszawy. Musi pan podziękować i protektorce! Właśnie mam liścik do pana, przysłała przez woźnego. — Uśmiechnął się jakoś dziwnie. List wsunąłem do kieszeni. Nowina spadła na mnie oszołomieniem. Drzwi raju rozwarły się naraz przede mną. Skrzydeł dostałem. Dławiła mnie niewypowiedziana radość! Skończą się moje tułaczki, nędze, samotność. Zacznę żyć po ludzku. Pilno mi było pozostać sam z marzeniami o przyszłem szczęściu, ale wychodząc, zobaczyłem na bocznym stoliku całą górę książek.
— „Trylogia“ Sienkiewicza! Dopiero co wyszła, kupiłem dla czytelni.
Pożyczyłem do przejrzenia, obiecując odnieść jutro rano i z poprzecinanemi kartami. Poszedłem szukać noclegu do jednego z kolegów; miał słynną z ogromu kanapę, na której w każdej porze można było znaleźć śpiących. Trafiłem jednak na zabawę! Obchodzono Sylwestra. W nizkich, strychowych pokoikach było ciemno od dymu, dzwoniły szkła