Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Milczałem, bowiem anim imaginował o istnieniu takich dróg i przyjaciółki.
— Chyba takim sposobem jakiego używają wszyscy dozorcy drogowi, a nawet i dróżnicy. Posyłać jej co pewien czas jajek, masła, to zajączka...
Chwyciłem się tej rady i, chociaż z największym wysiłkiem, zdobyłem się na te pańszczyźniane gościńce. Zwłaszcza nie żałowałem jej zwierzyny. Pomiędzy robotnikami miałem kilku doskonałych kłusowników, a cesarskie lasy leżały tuż nad plantem. Posyłałem kuropatwy, posyłałem bażanty, posyłałem cyranki, ale dopiero po otrzymaniu wspaniałego dzika zażądała, bym przyjechał. Pojechałem ze drżeniem. Przyjęła mnie bardzo uprzejmie. Przedstawiła mi się dosyć szczególnie. Posunięta w latach, beczkowata, cale jeszcze przystojna, czarna, ze złotemi kołami w uszach, wymalowana, niesłychanie ruchliwa, wyglądała na jakąś eks-aktorkę. Poczęstowała mnie herbatą, kazała siedzieć przy sobie na małej kanapce i opowiadać, co mi dolega. Ciekawa była wszystkiego, nawet moich wierszy, o których coś niecoś słyszała. Musiałem zadeklamować. Wzruszona, prosiła, bym napisał coś do jej albumu i przywiózł jak najprędzej. Wyszedłem oczarowany i pełen najpiękniejszych nadziei. Wkrótce zawiozłem jej jeden z moich ukochanych wierszy, interpretacyę Szopenowskiego preludyum! Zachwycił ją niesłychanie i tak mi dziękowała, tak paliła dziwnie oczami, tak stawała się słodką, uprzejmą i omdlewającą, że pod jakimś naprędce wymyślonym pretekstem uciekłem. Żało-