Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miałbym się zniżać do opisywania brudnej kałuży życia! A przytem, mówię szczerze, nigdy i nic nie potrafiłem zaobserwować i zawsze wśród ludzi chodziłem po omacku, jak ślepy.
Ledwiem przebolał ten epizod, gdy zdarzył się fakt, który mnie dotknął stokroć boleśniej. W moim rewirze pociąg zabił robotnika. Stało się to podczas szalonej zadymki. Złożyłem o tym wypadku raport do władzy, jak to byłem powinien. Naczelnik odesłał go z dopiskiem czerwonym ołówkiem: „zwracam nowelkę, a proszę o ścisły raport o wypadku. Niech pan się lepiej zajmie służbą, a nie literackiemi wypracowaniami.“ Monit był słuszny. Zgryzłem się niezmiernie. A w dodatku dostałem się znowu na języki. Mój nieszczęśliwy raport, juści skarykaturowany, przekręcony i upstrzony dodatkami, wyfrunął na świat i krążył po stacyach, ku uciesze kolejarzy. Bawili się moim kosztem. Byłem zrozpaczony. Protestowałem, ale mi nikt nie uwierzył.
W tym czasie spotkałem w Skierniewicach, w bufecie, jednego z kolejowych „inteligentów“, który uchodził za anarchistę, pono czytywał Bakunina i zawsze miał pełne kieszenie rosyjskich broszurek, wydawanych za granicą. Była to chluba naszego dystansu; wprawdzie do biura rzadko zaglądał, częściej natomiast przesiadywał w bufecie, ale znał się na wszystkiem i z niezachwianą pewnością wyrokował o wszystkiem. Zwierzyłem mu się ze swoich zmartwień. Poklepał mnie łaskawie.