Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do biura dystansu. Kończyło się jednak na marzeniu, bowiem mój naczelnik i dystansowi dygnitarze traktowali mnie bardzo nieżyczliwie, prawie wrogo. Jakże! ciążyło na mnie podejrzenie pisywania poezyi, a co najgorsze, nawet złośliwych korespondencyi o stosunkach kolejowych do pisma postępowego. Na domiar złego, zapuściłem sobie wspaniałą grzywę, nosiłem binokle i prenumerowałem Prawdę Świętochowskiego. Wystarczało, żeby mnie wytykano palcami. Byłem zgubiony w opinii, a moja posadka wisiała na włosku pananaczelnikowej łaski. Nie miałem przyjaciół, ni protektorów. Było mi bardzo źle, więc uciekałem z rzeczywistości ohydnej w cudne ostępy marzeń zaciekłych, upajających, maniackich — marzeń o sławie i zdobyciu świata. Naturalnie, nikt o tem nie wiedział. Byłem bardzo nieśmiały. Bałem się nadewszystko drwin i spojrzeń politowania. Zwłaszcza bałem się kobiet. Wolałem o nich marzyć zdaleka. Drwiły też sobie ze mnie. Wszak miałem nędzną posadę i pisywałem poezye. Zaiste, godzien byłem śmiechu i wzgardy. Może właśnie dlatego nie zapraszano mnie nigdzie. Koledzy trzymali się ode mnie zdaleka.
— Ostrożnie z nim — usłyszałem kiedyś — zbiera wzorki, jeszcze was kiedy opisze!
Prawda, pisywałem poezye, popełniałem dramaty, bazgrałem powieścidła, lecz żebym mógł i chciał zbierać wzorki! Nikczemna insynuacya! Ja, który gardziłem światem i ludźmi, a rzeczywistość miałem za głupi, nędzny koszmar, niegodzien uwagi! Ja