Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mleczak, z pannami chodzi do kościoła, w knajpie nie postoi, sztamy z nikim nie trzyma i do majchra się bierze! No, no... — mruczał półgłosem.
Ale Jędruś nie dosłyszał, jakby o całym świecie zapomniawszy, kołysał się korpusem, głową przytakiwał, nogą bił do wtóru i grał zapamiętale. Dziewczynka zaczęła się kręcić w miejscu, jak wrzeciono, a chłopiec przybałykował do niego i czepiając się łóżka, to jego kolan, chciał powstać na pogięte, rachityczne nożęta i padał co chwila, ale, dosłyszawszy kosa, któren się już rozgwizdał na dobre, poczołgał się ku niemu, bełkocąc radośnie:
— Ptapta... piu, piu... Cacy ptapta...
Michał, już zniecierpliwiony muzyką, odezwał się wyzywająco:
— Chwata udajesz, a serce ci w pięty zagląda...
— I... nic, myślę tylko, jakby to zrobić na fest, bez poprawki! — odparł podnosząc głowę; niebieskie oczy strzeliły mu stalowym błyskiem.
— Poradzę ci! — podszedł i szeptał mu do ucha. — Zajdź mu od mordy, dopuść go zblizka i niby to przypadkiem natknij się na niego, a dopiero wtedy wal go w bebech z całej siły... pod włos... trzaśnie ci pod ręką, jakbyś majchrem bęben przebił...
— Majster z ciebie! — rzekł, wzdrygając się nieco.
— Niech ci Bolek powie, nieraz widział mnie przy robocie... — Wyprostował się, dumnie tocząc zawadyacko oczami.