Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Głupiś jak but! — wyrzekł zgniewany dziedzic i kazał mu iść precz, ale nim wyszedł, przywołał go z powrotem i powiedział z wyrzutem:
— Wpędzasz mnie do grobu...
Jasiek stanął bezradnie, nie wiedząc co odpowiedzieć.
A dziedzic mówił: jak to był już sobie dawno uplanował, że Jasiek po jego śmierci, w nagrodę swojej poczciwości, i długiej służby, osiądzie sobie wypoczywać na roli.
— A mam to chociaż tyle ziemi, żeby pies miał na czem przysiąść?! — wybuchnął.
— Zapiszę ci całe dziesięć morgów, dostaniesz je po mojej śmierci.
— Nie wiadomo komu z brzega! — szepnął zniechęconym głosem.
— A zamrzesz pierwej, grunt weźmie matka, i jeszcze sprawię ci pochowek, jak się patrzy, i na mszę za twoją duszę rok w rok dawał będę.
— Naprawdę sprawiłby mi jaśnie pan pochowek? — Niedowierzał własnym uszom.
— Naprawdę, jakbym chował rodzonego syna! — Obiecywał uroczyście.
— Olaboga — nadludzkie szczęście zaśpiewało mu w duszy. — To jak chowali dziedzica z Góry?
— A boś to nie poczciwy! A to sobie nie zasłużysz na taki pogrzeb?
— I eksporta będzie ciała? I katafalk na środku kościoła? I braccy ze świecami? I dzwony będą