Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Z Prus sporo ściągnęło, a że grosz mają, okazya się trafiła, to sobie naród używa. Bo to im nie wolno, czy co? — Głos mu wezbrał hardością i zuchwale spojrzał w dziedzicowe oczy, ale jeszcze się nie odważył wypowiedzieć, co mu kamieniem uciskało serce, bo kazał się, dziwnie zesłabłym głosem, wieźć do dwora. Więc dopiero, kiedy go usadził w fotelu, jak zwykle, i podał pocztę, przywiezioną przez mleczarza, przyszło na niego męstwo. Przeżegnał się, pocałował go w rękaw i jednym tchem pośpiesznie, wyrecytował:
— Dopraszam się łaski jaśnie pana, a to dziękuję za służbę. — Poczuł niezmierną ulgę.
Dziedzic, zdumiał się i wystraszył zarazem tą nieprzyjemną nowiną. Przecież niepodobna będzie znaleźć tak oddanego służącego! Zaczął mu więc przemawiać do serca i rozsądku, obiecując złote góry, byle jeno pozostał, ale chłopak rzekł:
— Niczego mi nie potrza, jeno woli! — wyrwało mu się z głębi serca.— Drugie we świat chodzą, do Ameryki aże jeżdżają! Drugie tyle nowego zobacza, że całe zimy mają co opowiadać. Jeszcze wczoraj mówili, jakie to tam we świecie kraje, jakie miasta, jakie urządzenia, że aż mi dech zapierało od samego słuchania! Pora mi już we świat, w szeroki! A bom to gorszy od drugich, żebym, jak ten ślepy, ino cudzemi oczami patrzał!
Rozpłomieniony był, cały w dygocie straszliwej tęsknicy, co go ponosiła do tych krain wymarzonych cudowności, gdzieś, za czemś, w nieznane...