Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na cmentarzu przepyszny trawnik i stacye Męki Chrystusowej, bardzo ładne.
Widzę, że przy jakiejś rzeźbie, stojącej pod kościołem, pełno ludzi. Oglądają ją ze skupieniem pobożnem i mają pewną trwożność w twarzach i przyciszonych głosach.
Oglądam ją. Jest to rzeźba zupełnie charakteru świeckiego z epoki Ludwika XV-go, sielanka kamienna a la Vatteau. Jakiś margrabia w koronkach, w stroju paradnym, i jakaś dama z włosami spiętrzonymi a la Pompadour, siedzą na trawie i widocznie szepcą czułostkowe i słodkie słówka, flirtują na sposób XVIII-go wieku. Widać w nich rasę strojnisiów znudzonych i wytwornych. Całość banalna, jako wyraz i wykonanie, i poprzegryzana przez deszcz i mrozy. Kamień się łupie i odpada, w szczelinach bioder rośnie trawa. Skąd się wzięła tutaj ta rzeźba, nikt nie umie objaśnić; objaśnia mnie tylko legenda następująca, słyszana na miejscu od jakiejś siostry:
— To było dawno temu. Miała jedna matka dwoje dzieci, chłopca i dziewczynę, lubiła się ona napijać trochę, z kumami rajcować, po sąsiadkach chodzić, a dzieciska co chciały, to robiły — i że były rozpustne i szkodniki, nie dziwota, przy takiej matce. Raz napiła się lepiej, przylaa do chałupy — dzieci niema; w parę pacirzy przychodzą, a że pijany człowiek je przez rozumu, i una się rozeźliła, kiej suka, za kijanek wziena i prać dzieci — sprała dziewuchę, że ino zipała — i do chłopaka. Chłopak