Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


twardość korzeni, i żeby zabić czas, staram się odgadnąć twarze z profilów, słabo rysujących się przez zasłony, chcąc je dla siebie streścić i zamknąć w jakiej definicyi.
Pierwsza, najwyższa wzrostem, ma chód powolny i nieco pochylony, zmęczenie pewne w liniach postaci, i wyraz ust pełen cichego smętku, i te oczy ogromne, których spojrzenie pamiętałem, zatopione w rozmarzeniu, uśmiech niezmiernie dobry a zagadkowy smutkiem, głos przeczysty o jakichś łzawych akcentach i powagę wyniosłości naturalnej duszy, która się tutaj źle czuje.
Tak, ta to uosobienie Melancholii.
Druga to „Sprzeczność;“ widzę to w każdym ruchu, słowie i linii postawy. „Sprzeczność“ bardzo miła i czynna, ale wiecznie stojąca w miejscu jednem, przez ciągłe zwroty i kasowniki wewnętrzne.
Ta trzecia to stanowczo „Zaduma.“ Idzie prawie automatycznie i ma linię ciała tak prawidłowo falującą w ruchu spokojnym, jak grecka kanefora. Głowę trzyma prosto; przysiągłbym, że jej szeroko otwarte oczy nie widzą nic nazewnątrz; jest zapatrzona w siebie.
Milczeliśmy i cisza była coraz większa naokoło.
Szmery, jakby nocy rozsypującej zwolna cienie i szarość, drżały w powietrzu razem z echami, śpiewów kompanii, idącej już daleko przed nami. Dziwna, że tak późno, ale kukułka zaczęła kukać w gąszczach i gdzieś, z nad Pilicy dolatywało gwizdanie kosów.