Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przecinane szklistemi włóknami deszczu, słychać było różne głosy, gramofon skowyczał jeszcze niekiedy, czasem śmiech buchał wesoły, brzęczały szklanki i talerze rozstawiane, pojedyńcze słowa padały w mrok, to jakieś zarysy ludzkie majaczyły za opuszczonemi storami. Ale naród jakby nie widział co się dzieje dokoła, zaciskali pasy, zabijali zdrętwiałe ręce i tuląc się do siebie, gwarzyli z cicha.
— Zadołowałeś to ziemniaki, co?
— Jakże, mrozów czekał będę?
— Kto tam moje krówsko wydoi, kto? — żaliła się jakaś stara.
— Co tam udoje, ale co z nami zrobią? — jęczała druga.
— A spierą i sztrofy każą jeszcze zapłacić, jak zawdy — mruknął któryś.
— Jezus, Marya! — przeleciał cichy jęk.
— Przeniesiem, a wiary nie odstąpim — rzekł spokojnie Hryciuk.
— Nie! nie! nie! — buchnął szmer twardy, jak grad kamieni.
— Dwadzieścia lat już cierpim — to i drugie tyle...
Pomilkli nagle, bo na dole, w ciemnych oknach, zabłysły naraz światła, olbrzymi stary refektarz zamajaczył nizkiemi sklepieniami, jacyś ludzie się tam uwijali, słychać było ustawianie stołów i jakby brzęk żelaztwa. Hryciuk odwrócił się do gromady i rzekł spokojnie:
— Bracia, niezadługo się już zacznie!