Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


klęczącym i płynął strumieniem jednym z nimi, w tej pieśni, która się teraz na zakończenie rozlega:

Dobranoc Ci, Panno święta,
Bez zmazy grzechu poczęta —
Dobranoc!
Dobranoc, wonna lilijo,
Niepokalana Maryjo —
Dobranoc!

Piana tej pieśni, i serdeczność dźwięków, i te odurzające wonie kwiatów, i tyle uczuć tętniących w tłumie — bije w moje serce i przenika je ekstazą. Nowy dreszcz, nowy i potężny. Klęczałbym na tym piasku, pod granatem niebios, przetykanym srebrem gwiazd, wpośród tego tłumu rozśpiewanego. Niech mi tylko nucą coraz ciszej: „Dobranoc, wonna lilijo — Dobranoc!“ — Niech mi tylko kołyszą duszę te brzmienia łagodne, te rytmy jakieś liliowe, te światła, co są dźwiękami, ta harmonia serc zjednoczonych u stóp Niepokalanej, co zda się odrywać od tła i z uśmiechem nieziemskim odpływać w przestrzenie, wiszące nad nami w ciszy.
I klęczałbym tak, bo zdaje mi się, że już zapomniałem o nędzach bytu — i rozpylony, krążę w nieskończonościach błękitnych, jak szata Tej, która odpłynęła przed chwilą, że już nic nie wiem — tylko czuję.
Musiałem się długo trzeźwić na rosie w ogrodzie jakimś, nim przyszedłem do równowagi.
Poszedłem na plebanię zobaczyć się z gazetami. Bardzo poczciwie przyjął mnie proboszcz miejscowy,