Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A po obiedzie młodzież wraz z mamą przeszła do salonu, zaś naczelnik poszedł na drzemkę do swego pokoju. Wsunął się za nim ojciec Mikołaj.
— Widzę, że już czekają? — szepnął, pochylając się w okno.
— Od samego rana. Postoją do zmroku, to może zmiękną, a?
Od salonu przedarł się rozszczekany, chrzypiący śpiew gramofonu.
— Niewiadomo! Sfanatyzowani do szpiku. Dwadzieścia lat pracuję nad nimi, staram się i nic nie mogę poradzić, nic... — żalił się po cichu.
— A może ja poradzę. Wy tak liberalnie, po chrześciańsku z nimi, a ja spróbuję zwyczajnie, dubinuszką... — zadzwonił gwałtownie.
— Spróbujcie, Iwanie Iwanowiczu, spróbujcie... To sprawa pierwszej klasy.
Wpadła służąca.
— Kawy nam przynieś! — rozkazał naczelnik.
Zasiedli pod oknem, wychodzącem na wirydarz, a po chwili zjawiła się kawa i butelki. Dopiero po drugiem kieliszku ojciec Mikołaj rzekł, mlaskając językiem:
— Sławną macie starkę!
— Jaśnie pańska, od grafa. Może jeszcze, a?
Pili zwolna, smakując z lubością, a co chwila, prawie bezwiednie, oczy ich leciały w podwórze, na gąszcz chłopskich głów, ledwie widnych w szarudze.
— Dam wam zapiskę, przyda się przy protokóle.